piątek, 13 listopada 2015

Wszystkiego najlepszego z okazji piątku 13 :)

Trzynastego, wszystko zdarzyć się może... Grumpy Cat na pewno ma dziś powód do satysfakcji, co - przyznacie sami - rzadko mu się przytrafia ;) Dla mnie dzień jak każdy inny - ot, kolejny numerek po 12 a przed 14, nie ma powodu do niepokoju ani obaw :)

niedziela, 11 października 2015

Październikowe radości.........:)

Październik, miesiąc opadających liści, mglistych poranków i pachnących dymem wieczorów. Dzień staje się coraz krótszy, słońce wcześniej jest zmęczone i zachodzi szybciej. Ptaki inaczej śpiewają i jest coraz zimniej. Balkon uprzątnięty - zabrałam kwiaty do domu, doniczki schowane w piwnicy czekają na wiosenny sezon przesadzania. Pusto się zrobiło... ale pocieszam się, że to tylko kilka miesięcy. Czas szybko biegnie, zima szybko zleci.... Przy ciepłych kaloryferach koty wygrzewają tyłeczki. Takim to dobrze, heh :) Muszę się pochwalić wam, że spotkała mnie wielka niespodzianka. Wygrałam candy - pierwsze, w którym brałam udział! Na blogu http://szufladawbloku.blogspot.com - i oto przepiękny niebieski koszyczek zagościł w moim domu. Debiutował podczas meczu Polska - Irlandia i dzielnie pilnował obydwu pilotów. Sprawdził się na medal!
Jak fajnie jest coś wygrać :D Druga moja radość to taka, że polska reprezentacja wygrała mecz z Irlandią 2-1 :) Kibicuję piłkarzom od dziecka, uwielbiam ten sport, kiedyś nawet marzyłam o tym żeby grać w drużynie.... Mecz dostarczył mi sporych emocji, ale za to pozytywnych. Cudnie! Bardzo cenię i szanuję Kubę Błaszczykowskiego i Roberta Lewandowskiego - nie tylko jako sportowców, ale także jako ludzi. Właśnie kończę czytać książkę o Kubie którą napisała Małgorzata Domagalik. Niezwykła historia zwykłego chłopaka... Im lepiej poznaję jego historię życia tym więcej szacunku mam dla jego dokonań. Szczególnie po ostatniej kontuzji która unieruchomiła go na bardzo długi okres czasu. Życie czasem przypomina taki mecz. Każdego dnia rozgrywamy jakieś małe lub duże rozgrywki. Przegrywamy, wygrywamy, remisujemy... najważniejsze żeby się nie poddawać. I z wiarą i nadzieją patrzeć w kolejne dni. Czego wszystkim Wam życzę u progu nowego tygodnia :)

niedziela, 4 października 2015

Kocie opowieści

Jestem straszna. Okropna. Wręcz niemożliwa. Tak, tak, moi drodzy. Moja straszliwość i okropieństwo polega na tym iż... zamknęłam Kota na balkonie. Poszedł sobie popatrzeć na świat z wyżyn balkonowego tarasu. A było co oglądać - słońce świeciło, niebo lekko opierzone chmurami prezentowało się pięknie w jego blasku... łąki zmęczone upałami drzemały, leniwie rozciągnięte pomiędzy blokami i drzewami. Ptaki latające między blokami ćwierkały radośnie przekomarzając się z wiatrem. Kot postanowił się przyjrzeć światu i podumać nad jego złożonością... ułożył się na nagrzanych płytkach, pod suszarką. A ja go zamknęłam. Perfidnie, zwyczajnie, nie sprawdziwszy gdzie jest i co robi przekręciłam beztrosko klamkę od drzwi balkonowych - i poszłam robić obiad. Na szczęście, dość szybko się zorientowałam, że brakuje jednego wiernego towarzysza - nie pojawił się przy wyjmowaniu kiełbasy z lodówki i wydało mi się to dość podejrzane... wpuściłam drania z powrotem. Ach, gdybyście widzieli jego minę! I ten napuszony w złości grzbiet! Wąsy postawione na sztorc, jakby miał nimi przebić mi opony z zemsty... Wspominałam o kiełbasie, prawda? Otóż jest to magiczne słowo, które w rzeczywistości jest równie magicznym artefaktem poprawiającym relacje ludzko - kocie. I w tym wypadku także się tak stało. A teraz oba ogony śpią wygodnie, Koteł wtulony w poduszki, z brzuchem do góry a Pani Kota na moich kolanach. Czuję jak oddycha miarowo, grzeje moje nogi niezastąpionym kocim ciepłem... Cudownie pachnie jej kocia sierść - domem, miłością, spokojem, tajemnicą skrywaną w kocich oczach. Tak, to prawda. Dom bez kota to zwykłe mieszkanie.

wtorek, 22 września 2015

Biore udzial w konkursie :)

Na bardzo fajnym blogu pojawil sie konkurs w ktorym biore udzial. Zachecam tez Was do tego zeby to zrobic. http://szufladawbloku.blogspot.com Warto tam zaglądać - miejsce przyjazne i pełne spokoju, dobrej energii i ciekawych pomysłów na życie ;)

poniedziałek, 21 września 2015

Powrót na bloga czyli słów kilka na temat sklerozy...

....zapomniałam hasła....

Wiem jak to brzmi - ale rzeczywistość jest bardziej prozaiczna niż by się to mogło wydawać. Tutaj muszę uchylić rąbka tajemnicy i przyznać się Wam do czegoś. Hoduję sklerozę, która nie jest odmianą fuksji ani egzotyczną przyprawą ale przypadłością umysłu... Podobno wielcy ludzie tak mieli, ale niemniej jednak kiepskie to pocieszenie w codziennym funkcjonowaniu :)

Wracam zatem do pisania bloga i mam nadzieję, że oprócz innych zajęć znajdę czas na to żeby dzielić się swoimi przemyśleniami o życiu z Wami.

Dziś dużo chłodniej, jesień zaczyna panować w przyrodzie, co widać po tym jak wschodzi słońce - powietrze jest rześkie, chłodne, przenikliwe. Mgły unoszą się nad ziemią, by z godziny na godzinę rozwiewać się jak wspomnienie zeszłego lata. Drzewa pomału zmieniają kolor - zieleń liści nie jest już tak soczysta, ptaki inaczej śpiewają z rana...

Pola za osiedlem czekają na pierwsze przymrozki. Zebrano z nich plony, zaorano a teraz czekają na letarg zimowych miesięcy. Pora zrobić porządki w szafach i przygotować cieplejsze ubranie. Dni są coraz krótsze, zmierzch przychodzi wcześniej - wtedy osiedle rozbłyskuje setkami świateł w oknach, kolorowe rolety i zasłony ocieplają ciemną przestrzeń między blokami. Tylko patrzeć jak spadnie pierwszy śnieg a mroźne malunki pokryją szyby samochodów...

Koty śpią wtulone w koc. Koc ma wzór pasków zebry - prezent ślubny od przyjaciół :) jest ciepły, miękki i puchaty, cudownie ogrzewa ludzkie i kocie zmarznięte ciała. Aromatyczna herbata w kubku pachnie rozgrzewająco imbirem i miodem,  w tle leci ulubiony serial. Obok chrapie ukochany Mąż. Cudowny wrześniowy wieczór w domu. Jak tu nie być szczęśliwą?

Tego szczęścia w codzienności życzę Wam na każdy kolejny dzień.

wtorek, 2 czerwca 2015

Chorobowe - a w międzyczasie o wakacyjnych wspomnieniach słów parę

Dopadła mnie jakas paskudna infekcja. Chorowanie nie jest moim ulubionym zajęciem, bo nie mam siły nic zrobić i większość dnia przesypiam. Tymczasem mój widok z okna przybrał na intensywności. Dominują dwa kolory: cudny błękit nieba i soczysta młoda zieleń. Czerwiec. Czas zbliżających się wakacji, obietnic wyprawy na wieś a tam - całe mnóstwo przygód. Kiedyś jako mała dziewczynka ogromnie żałowałam, że nigdy nie byłam wysłana na kolonie. Dziś widzę, że nie mam czego żałować. Moi rodzice zawsze starali się by wakacje spędzić na wsi - pełne dwa miesiące, z daleka od brudnego i zatłoczonego miasta pełnego spalin, smrodu i wścibskich gołębi. Dziś dopiero doceniam ich kunszt logistyczny i umiejętność podejmowania decyzji.

 I tak sobie myślę, sącząc ciepłą herbatę z miodem i nasłuchując koncertu żab zza okna, czy następne pokolenie które opływa w dostatki i brokatowo - różowe wdzianka z dyskontów, czy ono będzie umiało cieszyć się tak jak my z najprostszych rzeczy? Czy umieją doceniać to, co mają? Jeśli tak - chwała wam za to, rodzice, dziadkowie, opiekunowie! Jeśli nie... tak, trzeba się bać.

Pamiętam takie wspaniałe wakacje, jedne z wielu. Nie byliśmy zamożni. Nie miałam wielu zabawek ale miałam wyobraźnię i potrafiłam z niej korzystać. Pewnego dnia nudziło mi się bardzo i moja mama w końcu zdenerwowana moim marudzeniem powiedziała "wymyśl jakąś zabawę, a nie truj.... od tego trucia nuda nie przejdzie". Wzięłam sobie jej słowa do serca i... zbudowałam z siostrami samochód - wzięłam krzesła, stare opony, leżak, koce, patyki, jakieś linki. Tata pozwolił nawet wykorzystać starą kierownicę z samochodu. Resztę dostarczyła dziecięca wyobraźnia. Auto było dostosowane do naszych potrzeb - ja, moje dwie siostry i dwie koleżanki plus brat a do tego bagaż w postaci wózków z lalkami, miśkami i psem. Pies uciekł, najwyraźniej nie chciał ryzykować życiem, aczkolwiek reszta została i świetnie się bawiła.

Później powstała wioska szałasów w lesie nieopodal domu. Początkowo był to jeden szałas który zbudowałam samodzielnie, używając wyłącznie gałęzi i mojej harcerskiej finki. Moje siostry poszły w moje ślady... wkrótce każda z nas miała szałas a w nim wydzielony kącik kuchenny, sypialnię a nawet spiżarnię. Zbierałyśmy jeżyny i maliny, a posiłki spożywałyśmy na wspólnej "stołówce" jaką był ścięty pień drzewa... Wioska szałasowa wzbogaciła się także o parking dla rowerów, parking dla wózków (bo przecież nasze lalki również musiały z nami mieszkać w tych szałasach), pułapkę ochronną (gdyby ktoś chciał nas zaatakować i zniszczyć nasze domy). W tych czasach bawiłyśmy się w sklep i aptekę, a płaciło się w nich ogólnodostępną walutą - liśćmi drzew. Nie obyło się zatem bez skarbca również przemyślnie zamaskowanego...

Ojej, o tych wakacjach na wsi mogłabym opowiadać i wspominać godzinami. Dziesięć miesięcy oczekiwania, planowania co zapakujemy i jak będziemy spędzać czas... a potem dwa cudowne miesiące wolności. Bezpiecznej, swojskiej, naturalnej. Mleko od krowy, godziny spędzone w polu, poharatane od kłosków nogi, pogryzione przez komary i robale. Biegunka gdy popiłam swojskim mlekiem ogórki. Rozbite kolana bo za późno wcisnęłam hamulec od roweru... Konkursy na to, kto zrobi składakiem dłuższy ślad hamowania na wiejskiej drodze. Nocne rozmowy i marzenia o tym jacy będziemy jak skończymy szkołę, znajdziemy pracę... Zachody słońca wyciszone świerszczograniem i ogniska nad którymi czuwał Tata. Nocne wskazywanie gwiazd i nauka gwiazdozbiorów. Podziwianie błysków "na pogodę" i namierzanie sputników...

A wy macie jakieś wspomnienia z wakacji? Z dzieciństwa? Pamiętacie jakieś szczególne zapachy, dźwięki, kolory? Lubicie do nich wracać?

niedziela, 31 maja 2015

Widoki z mojego balkonu...czyli kilka słów o żabach i ptakach.

Zawsze chciałam mieć balkon. Całe życie spędziłam jako niskopienny mieszkaniec parterów - z wyjątkiem krótkiego epizodu na 2 piętrze oraz pięciu cudownych bytomskich miesięcy spędzonych na piętrze szóstym. Widok z okna sprawił, że bez wahania podjęłam decyzję o wynajęciu owego lokum. Podobnie było i tym razem - poszukując z Mężem mieszkania zwiedziliśmy balkon i... ja odpadłam. Ósme piętro, widok na łąki, hałdy, zabudowania Siemianowic, Będzina, Bytomia... Katowic nawet. Wiedziałam, że to jest TO miejsce i TO mieszkanie. Mój Mąż również miał podobne odczucia. I nie pomyliliśmy się :)

Wiecie, widoki z balkonu wiążą się głównie z wrażeniami wizualnymi. Tymczasem łąki za blokowiskiem to miejsce gdzie koczują, żyją i funkcjonują cudowne stworzenia. Żaby - pierwszy raz usłyszałam je przez okno, gdy odwiedzałam koleżankę mieszkającą w sąsiednim bloku. To było rok temu, gorące czerwcowe popołudnie zmierzało ku wieczorowi... Rechot żab przypominał muzykę. Odprowadzał mnie na przystanek, koił nerwy, uspokajał. Przypomniały mi się noce na harcerskim obozie - biwakowaliśmy na przepięknej polanie o podmokłych brzegach. Bliskość lasu, pól i strumienia, sąsiedztwo ich mieszkańców - niezapomniane przeżycia.

Przeprowadzaliśmy się ostatniego dnia stycznia. Zima - wiadomo, nie zachęca do spędzania poranków na balkonie, a żaby o tej porze roku śpią... Minął luty. Zimne dni marcowe przeminęły, nie mogłam się doczekać wiosny.... Pewnego wieczoru usłyszałam je. Żabi chór radośnie i energicznie witał wiosnę, zapowiadał odrodzenie się ziemi, drzew i kwiatów. Od tego dnia nieustannie nasłuchiwałam czy mój żabi chór śpiewa. W zimne wieczory i poranki żaby milkły. Wiedziałam, że będzie chłodna noc....

Żabom towarzyszą ptaki. Dzikie kaczki, gołębie i inne gatunki, których nie znam z nazw i botanicznych określeń ale które rozpoznaje po odgłosach. Ich dźwięczne nawoływania witają mnie rano, towarzyszą przy robieniu kawy, wynoszeniu śmieci. Świsty i pogwizdywania, pohukiwania i gruchanie, bulgotliwe odgłosy i lekkie jak światło słońca trele...Odprowadzają mnie do autobusu i witają po powrocie z pracy. Mieszkańcy dzikich łąk, które odrodziły się po latach zanieczyszczeń przez przemysł - cudownych miejsc, malowniczych i pełnych tajemnic których mieszczuchy z betonowych klatek nie są świadomi.

Gdy piszę te słowa, na balkonie trwa impreza - gołębie znów przyleciały, gruchają i zalecają się do siebie. Lenka, moja ulubiona gołębica, też przyfrunęła. O tym jak zostałam chrzestną matką gołębia który wykluł się z jajka które zniosła, opowiem wam innym razem. Fiona siadła na oparciu fotela i próbuje wzrokiem zmusić firankę, żeby się podniosła. Fumik olewa jej czarnoksięskie próby i śpi cudownie puchaty i zrelaksowany. Ot, kwintesencja kociej filozofii życia...

Dobrego dnia, dla Was. Jutro zacznie się nowy tydzień i nowy miesiąc. Dla jednych okazja do podejmowania wyzwań i przekraczania granic, dla innych - "znów poniedziałek....". Ja preferuję podejście umiarkowane - tak, znów poniedziałek, co oznacza że zaczęła się kolejna tygodniowa epopeja pracy i obowiązków, jednakowoż i ona dobiegnie końca a za cztery dni będzie piątek. Ot, taka kolej rzeczy... a tylko od nas samych zależy, jak będziemy się przez ten czas czuć. Więc życzę Wam żebyście nie tracili dobrego nastroju, pogody ducha i czerpali nieustannie siłę z piękna tego, co was otacza. Byle do piątku :)